9 października 1610 roku to data, która wciąż pali rosyjską pamięć jak rozżarzony żelazem znak hańby. Tego dnia wojska Rzeczypospolitej Obojga Narodów — Polacy, Litwini, Rusini (dzisiejsi Ukraińcy i Białorusini) oraz Kozacy Zaporoscy — pod wodzą hetmana Stanisława Żółkiewskiego zdobyli Moskwę i zajęły Kreml. Nad stolicą carów załopotały trzy chorągwie: biały Orzeł Polski, litewska Pogoń i złoty Archanioł Michał, patron ziem kijowskich.
Zaledwie trzy miesiące wcześniej, 4 lipca 1610 roku, pod Kłuszynem rozegrała się jedna z najbardziej błyskotliwych bitew w dziejach Europy. Siedem tysięcy żołnierzy Rzeczypospolitej rozgromiło pięciokrotnie liczniejszą armię rosyjsko-szwedzką dowodzoną przez kniazia Dymitra Szujskiego. Husaria uderzyła z taką mocą, że rosyjskie szeregi rozpadły się jak tafla lodu pod młotem.
Po tym zwycięstwie droga na Moskwę stanęła otworem. 27 sierpnia hetman Żółkiewski zawarł porozumienie z rosyjskimi bojarami, w którym uznali oni syna króla Zygmunta III Wazy, królewicza Władysława, carem Rosji. Cała Moskwa — duchowieństwo, szlachta, lud — przysięgała mu wierność na Polu Panieńskim.
To był moment, gdy potęga Rzeczypospolitej Obojga Narodów osiągnęła zenit. Wspólne wojska Polaków, Litwinów i Ukraińców zdobyły stolicę carów, a nad murami Kremla powiewały sztandary trzech narodów: biały Orzeł, Pogoń i złoty Archanioł z uniesionym mieczem — symbol niebiańskiego zwycięstwa i patron wolnych ziem ukraińskich.
Po wkroczeniu na Kreml aresztowano cara Wasyla Szujskiego i jego braci. Zostali oni przewiezieni do Warszawy, gdzie na oczach dworu i posłów obcych mocarstw złożyli hołd polskiemu królowi. To był obraz, który do dziś śni się rosyjskim historykom jako koszmar narodowego upokorzenia. Mennica moskiewska zaczęła wybijać monety z wizerunkiem nowego cara — Władysława IV Wazy.
Jednak wiosną 1611 roku, zgodnie ze starym moskiewskim zwyczajem, przyszła zdrada. Bojarzy, którzy przysięgali wierność królewiczowi Władysławowi, wzniecili bunt. Polacy i ich sojusznicy bronili Kremla przez ponad rok, aż w listopadzie 1612 roku — po wyczerpaniu zapasów i w ogniu powstania — ostatni obrońcy złożyli broń.
Mimo to, w historii pozostali zwycięzcami. Bo ani Napoleon w XIX wieku, ani Hitler w XX wieku nie zdołali dokonać tego, co udało się wojskom Rzeczypospolitej w 1610 roku — zdobyć Moskwę i wprowadzić do niej nowy porządek.
W rosyjskiej historii ten okres nazwano „Wielką Smutą” — czasem chaosu, głodu i upadku państwa. W rzeczywistości była to porażka, której Moskwa nigdy nie przebaczyła. Dlatego właśnie w 2004 roku Władimir Putin ustanowił Dzień Jedności Narodowej obchodzony 4 listopada — w rocznicę wyparcia Polaków z Kremla — po to, by przykryć pamięć o dniu, gdy nad Moskwą powiewały sztandary wolnych narodów Rzeczypospolitej.
Bo choć minęło 415 lat, Kreml wciąż pamięta, że raz już został zdobyty — nie przez najeźdźców, lecz przez zjednoczone wojska Polaków, Litwinów i Ukraińców.
I właśnie dlatego ta historia wciąż boli.
Włodzimierz Iszczuk

