Listopadowa epoka wstrząsnęła bliskimi okolicami miasta, lecz nie miastem. Dochodził szczęk oręża spod Mołoczek, z Owruckiego; echo śmiałego pochodu Karola Różyckiego [płk. Karol Różycki (1789-1870), dowódca Pułku Jazdy Wołyńskiej w powstaniu listopadowym (1830-1831), ojciec gen. Edmunda Różyckiego, naczelnego dowódcy powstania styczniowego na Rusi] rozbrzmiewało szeroko, ale miasto nie ucierpiało, życie skupiało się jeszcze wtedy prawie wyłącznie na wsi. Dwory ziemian, zaścianki szlacheckie przenikały prądy zapału i nadziei, dreszcze obaw… Gdy jednak wprędce opadły liście „co wyrosły wolne” i nadszedł drugi listopad owej epoki, Żytomierz patrzał na ciągnące szeregi jeńców… Umieszczano ich w budynkach przylegających do kościoła Bernardynów.

Wówczas na widowni życia mieściny ukazuje się postać pełna poświęcenia – młodej dziewczyny, opiekunki jeńców, nazwisko jej Joanna Boczkowska. Powszechnie jednak znaną była pod imieniem „Joasi”. Młoda, niezamożna dziewczyna skupiała w sobie całą troskliwość o jeńców i dobroczynność miasta. Ona czuwała nad chorymi, odziewała i żywiła przeciągających przez miasto lub czas dłuższy tam więzionych i sądzonych. Umiała zdobywać dla swego miłosierdzia środki pieniężne od ludzi zamożnych, umiała omylać czujność straży, przenikać do cel więziennych, nieść słowo pociechy i otuchy, a nawet przyczyniła się do ucieczki paru skazańców. Kasztelan Narcyz Olizar, na którego ferowano wyrok śmierci, już po zapadłym wyroku uciekł z murów bernardyńskich dzięki pomocy i poświęceniu Joasi i po części jej brata Antoniego Boczkowskiego.

Działalność ofiarna Joasi, niesienia pomocy nieszczęściu, trwała lat parę, tj. tak długo, jak długo toczyły się sprawy wynikłe z powodu walki listopadowej. Gdy fale wypadków doszły do pewnej równowagi, Joasia zaślubiła p. Kwiatkowskiego, który był jednym ze skazańców i dzięki jej zabiegom wrócił z wygnania; niemniej jednak i w tych nowych warunkach życia prowadziła dalej swą patriotyczną, ofiarną działalność redempcyjną [wykupu, uwolnienia jeńców].

Pole do tych prac nie było zamknięte, trwały i później skazywania na podróż niepowrotną, nieszczęść nie brakowało. Do smutnych, zgnębionych szła ze spokojem i pogodą prawdziwego anioła pocieszyciela, dlatego też słusznie ją nazywano Cichym Aniołem. „Widywałem Joasię w różnych wypadkach — mówi L. Siemieński [Lucjan Hipolit Siemieński (1807-1877), polski poeta, pisarz, publicysta, krytyk literacki, tłumacz, uczestnik powstania listopadowego] – w wypadkach często tak trudnych, że zwyczajna kobieta byłaby sto razy straciła głowę, widywałem zawsze czynną, wszędzie obecną, gdzie ratunek był potrzebny, ucierającą się z władzami, kołatającą do serc bogaczy…”. Zdawało się, że los ją chroni od prześladowań. Stało się inaczej.

W roku 1836 jakaś nieostrożna korespondencja z zagranicy, jakieś dawne podejrzenia spowodowały jej uwięzienie. Przypomniano ucieczkę kasztelana Olizara, przypomniano niedawne zniknięcie jakiegoś więźnia, przez Austrię wydanego, widziano w tych redempcjach rękę dobroczynną Joasi, przypisywano nawet jej zabiegom wykradzenie z więzienia marszałka Stępowskiego [Leon Stempowski (1794-1855), marszałek szlachty powiatu uszyckiego, uczestnik powstania listopadowego na Podolu], acz ona w tym udziału nie brała – i osnuto z tych zarzutów sprawę groźną.

Kilka miesięcy trzymana w więzieniu, surowo indagowana, smagana rózgami, znieważana w swej godności niewieściej zapadła mocno na zdrowiu; gdy była bliską zgonu, wypuszczono ją na porękę. Po paru dniach tej niby wolności umarła. Zgon jej, zwłaszcza w tak niezwykłych warunkach, sprawił w mieście wrażenie olbrzymie, a pogrzeb stał się manifestacją oddającą hołd poświęceniu i patriotyzmowi. Tłumy, jakich nigdy przedtem razem zebranych w Żytomierzu nie widziano, odprowadziły jej zwłoki do katedry, nazajutrz zaś jeszcze większa ciżba w poważnym milczeniu towarzyszyła trumnie na cmentarz.

Cztery mowy ziemian i obywateli miasta – Feliksa Iwanowskiego, Frankowskiego, Konstantego Millera, Zenona Mogilnickiego – wypowiedziane z niemałym zapałem w kościele, na ulicach miasta i na cmentarzu, głosiły o uczuciach tych tłumów. Dziedziniec kościelny, ulicę Wilską i dalej drogę aż do cmentarza kwiatami usłano… nastrój niezwykle podniosły miasto ożywiał… Nie przeszkadzano uroczystości, ale wnet po pogrzebie odebrano manuskrypty przemówień od mówców i po przeprowadzonych dochodzeniach śledczych zapadł wyrok wywiezienia w głąb Rosji czterech młodych oratorów za to, iż „ośmielili się mieć zuchwałe i nierozsądne mowy”. Feliks Iwanowski został internowany w Permie, inni również w miejscowościach ościennych Uralowi. Ta banicja, trwająca wszakże nie dłużej jak rok, uwieczniła jeszcze bardziej w tradycjach miasta pamięć Joasi.

W szeregach emigracji we Francji długie lata wspominano młode, szlachetne dziewczę z Żytomierza. W dziennikach emigracyjnych, jak w „Trzecim Maja” wydawanym w Paryżu, w „Dzienniku Domowym” wydawanym w Poznaniu, w kilkanaście lat po zgonie Joasi pisano o niej szeroko, wskazując jej poświęcenie, charakter niezłomny, siłę ducha łamiącą kraty i zapory, by nieść pomoc ziomkom.

Marian Dubiecki, „Na Kresach i za Kresami – wspomnienia i szkice”, Kijów 1914