Wkrótce po założeniu żytomierski klasztor oo. Bernardynów znalazł się w granicach Cesarstwa Rosyjskiego. Choć władze starały się ograniczyć życie zakonne na dawnych Kresach Rzeczypospolitej, wiedząc, że bez osłabienia katolicyzmu nie uda im się całkowicie wcielić tych terenów do imperium, klasztor przetrwał przez prawie sto lat, a zakonnicy przez cały ten czas działali wśród wiernych.

Anna Denysiewicz

Dziennikarka

O bernardyńskim klasztorze w Żytomierzu, znajdującym się przy kościele św. Jana z Dukli, wiadomo niewiele. Został zbudowany na ziemi, którą przekazał Zakonowi Braci Mniejszych Bernardynów król Polski August III Sas 4 kwietnia 1761 roku. Rok później polski urzędnik państwowy odmierzył na peryferiach miasta grunty. Tak powstała nowa siedziba oo. bernardynów prowincji ruskiej w Żytomierzu. Za oficjalną datę erygowania konwentu uważa się 26 września 1763 roku.

W krótkim czasie zakonnicy zbudowali murowany klasztor, a starosta żytomierski Jan Kajetan Illiński wzniósł drewniany kościół pod wezwaniem błogosławionego Jana z Dukli. W 1820 roku w Żytomierzu wybuchło kilka pożarów. Jeden z nich zniszczył obydwa budynki. Murowany klasztor ucierpiał mniej, dlatego odbudowano go najpierw. W refektarzu urządzono prowizoryczną kaplicę, w której odprawiano nabożeństwa. Na wzniesienie nowego kościoła ojcowie bernardyni nie mieli funduszy.

Pomocną dłoń wyciągnął niejaki Gwidon Suszczkewicz, „gorliwie walczący o chwałę Boską”, który 7 marca 1822 roku ofiarował im na ten cel 1000 czerwieńców holenderskich. Pieniędzy nie przekazał od razu, ponieważ wcześniej pożyczył je Gabrielowi Tyszkiewiczowi, który choć niebiedny, z jakiegoś powodu zwlekał z ich zwrotem.

Wiosną 1826 roku budowa nowego, murowanego kościoła ruszyła. Jednak z powodu trudności ze ściągnięciem długu prace się przeciągały. Spośród zatrudnionych początkowo dziesięciu murarzy została zaledwie połowa. Zakonnicy, by ratować sytuację, zaciągnęli długi (300 srebrnych rubli), aż w końcu chcieli zatrzymać budowę. Gwardian klasztoru w raporcie do biskupa łucko-żytomierskiego donosił: „Budowa kościoła w tym roku podobno zostanie wstrzymana z przyczyn braku pieniędzy”.

W końcu bernardyni wnieśli pozew o odzyskanie ofiarowanej przez Suszczkiewicza sumy do sądu powiatowego. Na tym poziomie sprawy nie udało się rozstrzygnąć i skierowano ją do II Departamentu Głównego Kijowskiego Sądu. Ówczesny gwardian o. Piotr Bonak spędził w 1827 roku w Kijowie półtora miesiąca, uczestnicząc w posiedzeniach sądu. Biskupowi kijowskiemu Kasparowi Cieciszowskiemu raportował, iż proces ojcowie wygrali „niezupełnie”. Sprawa przeszła do izby skarbowej, która podpisała Dekret Sądu Kijowskiego zobowiązujący Tyszkiewicza do oddania zakonnikom ofiarowanej im sumy razem z procentami. Oprócz tego Tyszkiewicz musiał pokryć koszty procesu sądowego.

Po interwencji biskupa Michała Piwnickiego w Kolegium Rzymskokatolickim w Petersburgu (któremu podlegało duchowieństwo polskie zamiast papieżowi) oraz po otrzymaniu pozwolenia od cara na kontynuację budowy bernardyńskiego kościoła sprawę udało się rozwiązać pozytywnie. W maju 1836 roku na mocy rozporządzenia rządu gubernialnego w Kijowie o. Stanisław Buszkowski odebrał w wołyńskim urzędzie gubernialnym kwotę 5820 rubli 75 kopiejek ściągniętą od Gabriela Tyszkiewicza.

Chociaż uzyskane pieniądze nie pokrywały w całości potrzeb, w latach 1836-1837 roboty znacznie posunęły się do przodu. Żytomierscy bernardyni mieli własną cegielnię. Jednak wytwarzanych przez nią cegieł nie wystarczało, musieli je więc kupować w cegielniach Kaszperskiego, Kozickiego oraz sióstr szarytek. W 1838 roku budowa świątyni została ukończona (datę tę podaje kilka źródeł drukowanych), ale jej poświęcenie odbyło prawie trzy lata później. Być może dlatego, że ojcowie chcieli chociaż skromnie wyposażyć ją we wszystkie niezbędne akcesoria. Gotowy trzynawowy kościół rozmiarem przewyższał katedralny. Został otynkowany i pobielony, otoczony wysokim żelaznym ogrodzeniem osadzonym na kamiennym fundamencie. Plac przed kościołem wybrukowano.

Żytomierscy bernardyni podobnie jak inne zgromadzenia zakonne prowadzili własne gospodarstwo. U schyłku XVIII wieku utracili sporą część klasztornych gruntów, które z pozwoleniem władz rosyjskich zostały zajęte przez mieszkańców miasta, a w końcu stracili resztę. Mieli ogród, w którym w 1835 roku zatrudnili ogrodnika. Stajenny zajmował się końmi, którymi bracia wyjeżdżali w potrzebie i które wykorzystywano przy budowie kościoła. Do drobnych prac w gospodarstwie wynajęto robotnika. Do jego zadań należała opieka nad zwierzętami gospodarskimi, niestety nie wiemy jakimi i iloma. Na służbie w klasztorze w 1835 roku byli jeszcze kucharz i kowal, którzy mieli swoich pomocników i uczniów. Całym gospodarstwem zarządzał jeden z ojców, czasami specjalnie zatrudniony świecki.

Zakonnicy mieli do dyspozycji osiemnaście cel, nie licząc pokoi gościnnych, celi przełożonego oraz refektarza. Na terenie klasztoru mieściły się budynki gospodarcze. Niektóre z pomieszczeń bernardyni dzierżawili mieszkańcom.

Początkowo grunty zakonne znajdowały się poza miastem. Jednak Żytomierz szybko się rozrastał i już w pierwszych latach XIX wieku przed bernardyńskim klasztorem rozchodziły się główne ulice: Kijowska, Berdyczowska, Katedralna i Czudnowska. Na rogu Berdyczowskiej znajdowała się piętrowa kamienica należąca do bernardynów. Z jakich funduszy została zbudowana, nie wiadomo. Została wynajęta bez wiedzy i zgody zakonników na podstawie rozporządzenia biskupa Michała Piwnickiego. Na jej parterze mieściły się sklepy.

Bernardyni nie mieli własnej parafii w Żytomierzu, jednak byli otwarci na wiernych. Dużą popularnością wśród żytomierzan i pątników cieszyły się nabożeństwa do św. Antoniego Padewskiego, którego cudowny odraz z licznymi wotami znajdował się w klasztorze. Przed tym obrazem bernardyni w 1803 roku codziennie śpiewali Sicut ris miracula za zdrowie biskupa Cieciszowskiego. Na czas budowy kościoła obraz św. Antoniego i nabożeństwa do niego zostały przeniesione do refektarza, dokąd wierni licznie przychodzili na modlitwę.

Bernardynów usunięto z Żytomierza z inicjatywy władz rosyjskich, słusznie podejrzewających ich o sympatie niepodległościowe. Istnienie zakonów na wschodnich terenach dawnej Rzeczypospolitej było solą w oku zaborcy. Władze doskonale zdawały sobie sprawę, że bez osłabienia katolicyzmu, którego główną siłę stanowiły zakony, nie uda się całkowicie wcielić do imperium dawnych Kresów Rzeczpospolitej. Musiało je niepokoić oddziaływanie żytomierskich bernardynów, sięgające daleko poza granice miasta.

Mieszczące się w Żytomierzu siedziby okrojonego województwa kijowskiego, sądów grodzkich i ziemskich, zjazdy szlachty na sejmiki, urzędujący konsystorz diecezji żytomierskiej ściągały do miasta tłumy ludzi, którzy nie omijali kościoła Bernardynów. Przychodzili tam, by pomodlić się, zamówić mszę, odbyć spowiedź czy złożyć ofiarę. Zakonnicy byli też kaznodziejami w okolicznych kościołach i angażowali się w obsługę parafii pozbawionych księży. Niewątpliwie swoją działalnością przyczyniali się do podtrzymania kultury i języka polskiego. Byli jednym z elementów systemu, dzięki któremu Żytomierz w okresie międzypowstaniowym stanowił prawdziwą oazę polskości. Jak do mekki ciągnęli do niego wybitni Polacy jak Adam Pług, Apollo Korzeniowski, Karol Kaczkowski czy Józef Ignacy Kraszewski, człowiek instytucja, ogromnie zasłużony dla Żytomierza.

Dzisiaj bernardyni znów są w mieście, po prawie 150 latach nieobecności. Przywrócili do życia i świątynię, i klasztor. Po ich powrocie można się przekonać, że ich dawna siedziba nadal odgrywa w Żytomierzu dużą rolę w życiu tamtejszych katolików, których mimo sowieckich prześladowań nadal jest bardzo dużo. Osób przyznających się do polskości i będących potencjalnymi katolikami jest około 40 tysięcy. W Żytomierzu funkcjonuje 6 kościołów. To bez wątpienia jedno z najbardziej katolickich miast Ukrainy.

Choć historycznie rzecz biorąc żytomierski klasztor nie odgrywał w historii prowincji bernardynów na Ukrainie większej roli, obecnie jest sercem prowincji św. Michała Archanioła Braci Mniejszych. Tu mieści się jej zarząd. Prowincja zrezygnowała z określania swych członków mianem „bernardyni” i zaczęła używać nazwy franciszkanie. Jej władze uznały bowiem, że „bernardyni” to czysto polski wynalazek i żeby podkreślić swoją tożsamość, wróciły do pierwotnej nazwy zakonu z czasów jego Ojca Założyciela.

Anna Denysiewicz