To było wtedy, gdy czeremchy kwitły. Gaj szumiał młodością liści, pachniał wilgocią wiosenną. Szłyśmy przed siebie wśród soczystej zieleni i rozlanego błękitu nieba, szczęśliwe, bo szczęśliwe, z piękności świata i naszych młodych lat. Zdążałyśmy w stronę lewady*, gdzie pasło się stado arabskie, ulubione miejsce naszych spacerów i przeżyć.

Świt był wczesny. Skąpały się w nocnej rosie storczyki leśne, spłukały konwalie i tojad przydrożny. Ćwierkały koniki polne. Była cudna wiosna, jadem życia zarażająca wszystko, rozsadzała mokre łono ziemi. Obudziły się chrząszcze, różowe dżdżownice, zaszumiały mrowiska, huczał kosmaty trzmiel, podlatywały muchy. W poszyciu leśnym, w rozpętanym gaworze nawoływało się ptactwo, wszystko głośno, wszystko razem, wszystko przy robocie gniazd i nowego życia. Przebiegały chybkim lotem czynne zawsze wilgi i zięby, drozd wbił w powietrze swój alt wspaniały.

W wyciętym szpalerze drzew mignął nam pałac biały, zwrócony fasadą ku wschodzącemu słońcu. Zabarwiony ranną zorzą był piękny. Miał klasyczną kolumnadę, opracowane starannie gzymsy i odrzwia, rustykowane ściany. Cacko rzeźbione, młode i strojne. Wielkimi szybami okien patrzył na swą wieś, rozsypaną wśród kwitnących sadów, na śpiący staw i groblę, a od północy opierał się o mur sędziwych świerków, przeto był jeszcze bielszy i połyskiwał z góry jasną pokrywą cynkowej blachy.

To pałac rohaczowski – mój dom. A to, co wokoło niego – ten las, te pola – to ziemia moja rodzinna. Więc rwie się serce ku niej, jakby chciało z piersi wyskoczyć. Tak bardzo kocham, tak bardzo, że nieraz czuję, że mnie coś aż w środku boli. Gdy mówię o tym Zosi, siostrze mojej, to wzrusza ramionami, odpowiadając, że to tak zawsze jest – czyli że nie mam po co jej głowy zawracać. A więc to jak gdyby głupio nawet, że o tym wspominam, więc milczę już i karmię tylko oczy tym światem tak pięknym i drogim.

Głębokim jarem wspinałyśmy się w górę ku lewadzie. Nie wiadomo dlaczego wybrałyśmy właśnie tę zawiłą drogę; może dla fioletowych groszków i kluczyków rosnących w głębinie rozdołu, a może dlatego, że w wiosenny ranek dziewczęta bywają tak bardzo spragnione. Przeskakiwałyśmy też z bryły na bryłę, nie bacząc, że spod nóg sypały się nam zbite grudy ziemi, chwytałyśmy się zrębów ścian, aż wreszcie z triumfem dotarłyśmy do korzeni drzew. Nad nami zarysował się wyraźną linią szeroki pas lessowego czarnoziemu, porosłego dziko krzewami, skarłowaciałą drzewiną, kwieciem i zielenią. Jeszcze jeden skok, a byłyśmy u szczytu.

Odetchnęłyśmy rajem i promieniem słońca, rozsypanym wśród traw.
W dolinie łąka, gaj, brzezina rozwiana złotawą mgłą, na tle czerwonych sosen i ruda* przetykana stojącą wodą.

Na falistym skłonie pasło się stado. Świetna stadnina mego Dziada znana szeroko w kraju i za granicą. Była przeważnie maści siwo-jabłkowej, ale też kasztany, wzrostu średniego, wyjątkowo piękna. Co prawda niektórzy hodowcy doszukiwali się w nich już pewnych cech degeneracji, co normalne wśród współzawodników, Dziad jednak, fanatyk krwi, dowodził z uporem, że najważniejsze w każdej orientalnej hodowli jest pochodzenie konia, aniżeli jego budowa. Cenił też bardzo wysokie rodowody swych źrebców i matek, lubując się nimi, jak kobiety kolią brylantową. Nie wiem kto miał z nich rację, dla mnie jednak nie było nic piękniejszego w świecie ponad te stworzenia pełne ognia i wdzięku, temperamentu. i łagodności, przepychu a zarazem znakiem prostoty.

Na nasz widok ruszyły wszystkie do tańca, później w pięknych zawrotach wyciągały ku nam swe łabędzie szyje, nieśmiało a prowokacyjnie. Otoczyły nas kołem – bo przecież znały dobrze – i prosiły rozkosznie o pieszczotę. A gdy chwilę później tonęłam w trawie pastwiska, widziałam wciąż nad sobą mądre, szerokie ich czoła i oczy o pełnej gałce z wyrazem iście człowieczej miłości.

Zdjęcie: m-a-d-m-a-x.livejournal.com

* pastwisko

* podmokłe łąki torfowe